Usłyszałam budzik. Zwykłe 'pikanie', a podnosi mi ciśnienie. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na elektryczny zegarek.
- Siódma? Naprawdę? - powiedziałam sama do siebie. Zresztą, i tak by nikt tego nie usłyszał.
Ledwo doczłapałam się do łazienki. Próbowałam rozbudzić się zimną wodą i chyba mi się udało. Wytarłam twarz kremowym ręcznikiem i spojrzałam na siebie w lustrze.
- Dziewczyno co ty takiego w sobie masz, że każdy od ciebie ucieka? - pomyślałam.
Dźwięk sms przerwał moje głębsze przemyślenia. Znalazłam telefon pod stertami papierów, na mojej nocnej półce i odczytałam wiadomość:"Dzień Dobry Parker! Wpadnę za 10 minut :)"
To była Meghan. Z pewnością musiało coś się wydarzyć, bo to zawsze ja zrywam ją z łóżka. Nie przywiązywałam zbyt dużej uwagi do tego sms-a. Odłożyłam telefon na biurko i podeszłam do brązowej szafy. Nie mam problemu z ubiorem, nie wpatruję się bezcelowo w setki porozwalanych ubrań. Szybko ubrałam się w czarne spodnie, zwykły biały T-shirt i jeansową kurtkę. Z szafki wyjęłam czarno-białe roshe run'y i zgarnęłam rzuconą lokówkę, telefon i zeszłam na dół. Jak zawsze włączyłam poranne wiadomości w telewizji. Zajrzałam do lodówki, wyciągnęłam mleko, a z szafki - płatki kukurydziane. Usłyszałam dzwonek. Podbiegłam i otworzyłam drzwi :
- Cześć! - przywitała się uśmiechnięta Meghan.
- Hej! Wchodź. - odwzajemniłam uśmiech.
- Gotowa na wielką niespodziankę? - spojrzała w moją stronę, tym samym jedząc moje śniadanie.
- Po pierwsze, nie lubię niespodzianek. Po drugie, jeśli to jest durne, to nawet nie próbuj. - pogroziłam palcem i spojrzałam na nią wzrokiem zabójcy.
- Spokojnie, to nic wielkiego. - jej usta się śmiały.
- Dobra idziemy. Zbieraj się! - odparła, wstawiając miskę do zmywarki.
Nie jedząc śniadania, nie kręcąc sobie włosów, wyszłam z domu.
Była piękna pogoda. Promienie słońca ogrzewały każdy nieodziany milimetr mojego ciała. Słyszałam śpiew porannych ptaków. Robiło to na mnie ogromne wrażenie, bo w końcu wiosna, to moja ulubiona pora roku.
Przeszłyśmy na drugą stronę ulicy i weszłyśmy do kawiarni. Kocham to miejsce. Od kiedy uczęszczam do liceum, codziennie rano, od poniedziałku do piątku, przychodzę tu, by kupić kawę na wynos.
- Dzień Dobry! - weszłam z serdecznym uśmiechem.
- Cześć Eleno! Proszę, tu masz cieplutką kawę i twojego ulubionego ptysia. I dla Meghan to samo. Smacznego. - powiedziała 45-letnia Rose.
- Dziękujemy. Miłego dnia! - i wyszłyśmy.
Po paru chwilach ciszę przerwała przyjaciółka:
- Nie zastanawia cię, co to może być? - szturchnęła mnie w ramię.
- Twoje niespodzianki są beznadziejne i bardzo dobrze o tym wiesz. - odwzajemniłam szturchnięcie.
- Zobaczymy.
Założyłam swoje czarne okulary i weszłyśmy na plac szkoły. Rozejrzałam się i stanęłam jak wryta. Widziałam zadowoloną twarz Meghan.
- Mówiłaś coś? Chyba nie usłyszałam.
Zobaczyłam duży żółto-czarny autobus.
- Nie, to niemożliwe! Dlaczego mi nie powiedziałaś! O Boże, to przecież oni! - Cieszyłam się ironicznie.
- Mogłabyś trochę pokazać, że się cieszysz. - oznajmiła.
- Tak mówiąc serio, to wiedziałam, że przyjedzie do nas jakiś klub. No wiesz, mamy tu idealne miejsce na treningi, a poza tym, mieli trenować naszych chłopaków. Nie przypuszczałam, że może być to Borussia Dortmund. To świetna informacja! Ale z drugiej strony, z czego się tu cieszyć? Że popatrze sobie na piłkarzy, którzy i tak pewnie będą zastawieni ze wszystkich stron? Że popatrzę sobie na kuzyna, który mnie nawet nie pozna? Jestem na każdym ich meczu, po jakimś czasie, ich widok, przestaje mnie szokować. No, ale fakt, jestem zadowolona, że tacy piłkarze są tutaj.
- Jak sądzisz, który pierwszy zaliczy Jane? - zapytała.
- Jeśli w ich składzie, jest ślepy piłkarz, to już masz odpowiedź. - Zaśmiałyśmy się.
Z każdym metrem do trybun, wokół 'stadionu' robiło się tłoczno. Dziesiątki napalonych i zachwyconych dziewczyn, które podniecają się wyglądem piłkarzy. Z pewnością połowa z nich, jak nie więcej, nie ma pojęcia jakie mają osiągnięcia. Ba, nawet jak się nazywają. Usiadłyśmy w siódmym rzędzie, na czerwonych krzesełkach i zaczęłyśmy pić kawę.
- Jak sądzisz, długo tu będą?
- Sądzę, że pokażą parę trików i wyjadą. Kto taki, przejmowałby się takim klubem licealnym? - odpowiedziałam.
Wypiłam kawę, zjadłam ptysia i ruszyłam ku dołu.
- Ej, czekaj! Weź jeszcze ode mnie! - krzyknęła z góry brunetka.
- Czasami ruszyłabyś swoje cztery litery, a nie wysługiwała się moją skromną osobą. - uśmiechnęłam się i wzięłam od niej śmieci.
Schodząc popatrzyłam na boisko. Ujrzałam szóstkę piłkarzy, którzy pokazywali cuda z futbolówką. Z paru metrów rzuciłam puste opakowania po kawie. Uśmiechnęłam się do siebie. Wracając do przyjaciółki, spojrzałam w górę.Na krzesełkach siedzieli Mats, Auba, Jonas i Ciro, popatrzyli na mnie, po czym przesłali mi uśmiech. Nie zareagowałam, pomyślałam, że to są jakieś żarty. Kiedy miałam usiąść obok Meghan, usłyszałam czyjś głos.
- Czy ta oto ruda niewiasta, to nie jest czasem dziewczynka w warkoczach, która przed moim lustrem, śpiewała hity Britney Spears?
To był głos Erik'a. Wróciły dawne wspomnienia. - Gdy byłam młodsza, zawsze jeździłam do niego w wakacje. To były piękne wspomnienia. Niestety kontakt się urwał. Sama nie wiem dlaczego.
- Czy ten oto blondyn, to chłopczyk który skoczył z drzewa i złamał sobie rękę, bo udawał Spider-Man'a? - obdarowałam go uśmiechem i podeszłam do niego.
- Miło Cię znów widzieć Rudzielcu. - powiedział.
- Ciebie też Blondasku.
Po takim czasie rozłąki, to świetne uczucie, zobaczyć go po raz kolejny, stanąć przed nim i spojrzeć w jego oczy. Przytuliłam go bardzo mocno. Nasz uścisk trwał dłuższą chwilę. Gdy odkleiliśmy się od siebie, odwrócił mnie w stronę swoich przyjaciół i odparł :
- Drodzy koledzy, przedstawiam wam, moją cudowną kuzyneczkę, Elenę Parker.
Wszyscy uśmiechnęli się znów do mnie, a każdy z nich podał mi rękę na przywitanie.
- Durm, dlaczego nie wspomniałeś, że masz taką kuzyneczkę? - powiedział Jonas.
- Nie było okazji. - odpowiedział. - Siadaj, opowiadał wszystko ze szczegółami co działo się u ciebie przez ten czas.
- No więc...
- Elena! Zejdź tu na chwilę, proszę cię. - zawołał mnie trener naszej drużyny.
- Już idę! - krzyknęłam.
- Mój ciekawy życiorys opowiem ci później. Obowiązki wzywają. Ciao! - przybiłam piątkę z kuzynem i odwróciłam się, gdy nagle poczułam, że jestem cała mokra.
- Patrz jak chodzisz! Tutaj też są inni ludzie! - powiedziałam oburzona.
- Przepraszam. Mój błąd, patrzyłem w telefon. Naprawdę przepraszam, nie zrobiłbym tego specjalnie.
- Okej, dobra. Przeżyje. To tylko cola.
Odpowiedziałam zakłopotanemu chłopakowi z tatuażami na lewej ręce. Podniosłam wzrok w górę i zobaczyłam piłkarza z numerem 11, Marco Reus'a.
- Właśnie, a to jest Marco, mój genialny przyjaciel, który jest uzależniony od telefonu. Patrzyłbyś przed siebie czasem. - zaśmiał się Erik.
- Marco, miło cię poznać.- wyciągnął do mnie rękę i lekko się uśmiechnął.
- Elena. - odwzajemniłam uśmiech. - Wybaczcie, ale ja pójdę się przebrać, bo cała się kleje.
Schodząc na dół kiwnęłam do Meghan, by ze mną poszła. Usłyszałam komentarze typu "Niezła jest, no nie?", a uśmiech nie schodził mi z ust.
- O mój Boże. Czy ty wiesz co się teraz stało? Setki tysiące dziewczyn płakałoby ze szczęścia, bo ich 'chłopak' je oblał, ogarniasz? - spytała.
- Rozumiem i czuję to, bo jego cała cola jest na moich ubraniach.
Poszłam do szatni i założyłam klubowy strój - białą koszulkę i czarne spodenki. Nie wyglądałam najgorzej.
- Panie trenerze, już jestem. Coś się stało?
- Chciałem zapytać, czy niespodzianka ci się podoba?
- Tak, pewnie. - powiedziałam.
- Mam prośbę - powiedz dziewczynom, by nie śliniły się tak na ich widok, bo to psuje naszą reputację. - Zaczął się śmiać i poszedł.
Wzięłam od Meghan torbę.
- Sorki, ale ja nie będę chodzić w takim stroju. Zmywam się. - oznajmiłam.
- Okej, opowiem ci wszystko, co się tu działo, obiecuje. - i zniknęła w tłumie.
Idąc w stronę bramy, usłyszałam wołanie :
- Elena, stój! Poczekaj! - krzyknął lekko zdyszany Erik.
- No co tam?
- Dzisiaj u mnie będzie mała imprezka. Wpadniesz? Przyjadę po ciebie. Oczywiście jeśli mieszkasz tam gdzie trzy lata temu.
- Pamiętasz? Jasne, wpadnę. Tylko ja tam nikogo nie znam. - powiedziałam niepewnie.
- Poznasz każdego. Będzie super, zobaczysz. To o 18.
Wymieniliśmy się numerami i pożegnaliśmy się.
- To chyba jakiś żart. Ja i Dortmund? Nie możliwe, by moje marzenia się spełniały. - pomyślałam wracając do domu.
czwartek, 26 lutego 2015
Rozdział I - "Niespodziewana niespodzianka"
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz